czwartek, 17 maja 2012
w dopasowywanie odpowiedniego gatunku do dania. lżejsze oliwy, z Ligurii, Sycylii i poludniowej Apulii pasują do jarzyn i delikatnie przyrządzonej ryby. toskańskie i umbryjskie, intensywne w smaku , nadają się do mięs, makaronów, zup i dużych ryb, jak tuńczyk czy miecznik. oliwa o owocowym posmaku z poludnia Francji, kompletnie inna niż włoska, sprawdza sie w potrawach z dodatkiem skórki cytrynowej, fenkułem i szafranem. (Shalleck)
środa, 16 maja 2012
widok toskańskiej doliny jest dla mnie wzorem doskonałości i znakiem chwil szczęśliwych. w dni jesienne i zimowe noszę go w pamięci jak talizman i szukam dla niego godnego odpowiednika wśród północnych pejzaży. wędruję, szukając ulotnych cieni, wydeptuję szlak, licząc, że w końcu odnajdę dawny kształt miasta, krajobrazu, choćby jego zarys, i wpiszę w niego kilka bliskich mi postaci, mocniej uchwycę ich obecność. samotność jest może najważniejszą częścią podróży, tej prawdziwej wiodącej w odległy świat, i tej, równie ważnej, pozwalającej jedynie siłą wyobraźni podążać w nieznane. bo jest nowa ksiazka Marka Zagańczyka: Cyprysy i topole. do posłuchania rozmowa z autorem. siłą tej książki jest wiedza o przedmiocie, czarem – czuły opis.(Hartwig)
w ramach serii dolce vita, Czarne wydało W miasteczku długowieczności. Rok przy włoskim stole. można pomyśleć.
a w menu na dzisiejszy wieczór Paris Eugene Atgeta (próbka na zachętę). gra mi stereophonics. jest zajefajnie. teraz.
piątek, 11 maja 2012
Biedrona pokochała ksiazkę little Paris kitchen. żadna nie wzbudziła takiego zainteresowania. ogląda ją kilka razy dziennie. i śpiewa z pamięci kawałek Niezmiennie. i robi fantastyczne ciasto na racuchy. a ! i jeszcze zajada się poppingiem prosto z miseczki. świetna babka, co?
czwartek, 10 maja 2012
sobota, 28 kwietnia 2012
upał iście południowy. gołe stopy i ramiona. zaskakujaca cisza na dziedzińcu. Food & Friends czytane po parasolem. szparagi i pieczona ryba w planach na popoludnie. leniwie i słonecznie czyli majówka na starcie.
środa, 25 kwietnia 2012
ostatnie dni wiosny. powietrze gęstniało od zapachów. lśnień, jaskółczych świergotów. rankiem słońce zapalało ostrą czerwienią girlandy wiosennych obłoków, ale dźwięk dzwonów rozchodził się już bardziej ospale, tracił radosną przejrzystość. rózowa piana kwitnących krzewów zmieniałą się w plamy szarej zieleni, na gałązkach pojawiały sie kolczaste zawiązki nieznanych mi owoców. w poludnie majowy upał dymił z dachówek, gasił kolory, na placykach pod platanami wyostrzał granice światła i cienia. całe miasto: mury, wieże, domy, ogrody, tonęły w miodowej otchłani lata, jak w płynnym bursztynie. wieczorem, pod wielkim kołem księżyca, ukryte w zakamarkach nocy, grały świerszcze. * lubię te powroty polnymi drogami o zmierzchu, często z bukietem barwinku, wiązką maków lub słoneczników przywiązanych do bagażnika, lubię obraz miasta widziany z drugiej strony Rodanu, z wieżami, domami, drzewami, odbity w gładkim jak lustro nurcie rzeki; lubię zapach świeżego pieczywa z piekarni Le pain retrouve przy schodkach na most w Trinquetaille, zjazd z mostu w płątaninę uliczek La Roquette, i wreszcie bezpieczną przystań - dom i fotel wypleciony trzciną z Camargue, w którym siedząc można [...] podnosząc kieliszek popatrzeć pod światło na czerwone jak żarzący się płomień wino [...] przyniesione z sobotniego targu. * jasny, wrześniowy dzien dogasającego lata w Alpilles w rozmytych bielach, ugrach i złocie, z klawesynowym continuo świerszczy, kiedy siedząc wysoko na skalnym złomie, z książką na kolanach patrzyłem w dół, na kamieniste dno doliny, na wędrujące, przejrzyste cienie chmur, które na przemian to zapalały, to gasiły sceniczne światła wielkiego spektaklu nadchodzącej jesieni. pamiętam zdumienie i zachwyt [...] tajemną mową kamieni tej ziemi. (Wodnicki)
czwartek, 19 kwietnia 2012
środa, 18 kwietnia 2012
fotograf wywołuje filmy, kościelny przygląda sie murom i drzewom bardzo uważnie, chłopcy grają w piłkę, pralnia chemiczna czyści sumienie tego spokojnego miasteczka, trzy starsze damy omawiają koniec świata - ale wieczorem powraca tumult morza i ten zgiełk odsuwa w niepamięć miniony dzień. (Zagajewski)
środa, 11 kwietnia 2012
Claude Monet, 1859
śniadać. lubię to słowo. lubię śniadać przy oknie. może dlatego, że zwykle tak było. dzień dobry.
sobota, 07 kwietnia 2012
podoba mi się ten pomysł. puste jajo. wypełnij je tym, co dla Ciebie najważniejsze. dobrego swiątecznego.
piątek, 06 kwietnia 2012
czwartek, 05 kwietnia 2012
puste godziny, nic nieznaczące zdarzenia, ogłupiający banał codzienności. nuda podróży. smutek podróży. kto o tym napisze? kto się do tego przyzna? kto strząśnie z siebie krępujący imperatyw estetycznej delektacji [...]. (Czaja)
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
do kawy. kowboje z delty Rodanu w GW. do herbaty. oratorium Vivaldiego Juditha Triumphans w ramach Misteria Paschalia.
czwartek, 22 marca 2012
od obwodu wzgórza Kreminu odrywały się po dwóch rogach, blanki muru, warownie, wieżyczki, a niżej wesołe koszary — zwycięstwo Mikołajów nad Iwanami. dalej dzwonnice: cebule ze złota i zielonych fajansów, oświetlone od dołu, jak aktor przez rampę. górując nad tą włoską cytadelą, chorągiew, podbijana niewidocznym ogniem, rzucała w noc ciche i teatralne uderzenia szkarłatnego języka.
piątek, 09 marca 2012
- godzina piąta: miasto budzi się ze snu, choć właściwy sygnał rozlega sie dopiero o szóstej. to dzwonią zegary wiezy patronującej miastu Notre-Dame-de-la-Garde. o szóstej pojawiają się pierwsi sprzedawcy gazet: le semaphore, la jeune republique, le citoyen, gazette du midi... na dworzec zajeżdzają powozy hotelowe po gości przybywających pociągiem z Paryża. otwierają się kawiarnie. - godzina siódma: pora śniadania, wyjść do pracy, otwierania sklepów, księgarń. - godzina ósma: na ulicach pojawiają się listonosze w zielonych pelerynach z czerwonym znaczkiem na czapkach, śpieszą do biur urzędnicy, bukiniści wykładają swe skarby, rozpoczynają prace redakcje. - godzina dziewiąta: rozpoczyna pracę magistrat. pod okienkiem Mont-de-Piete* ustawia się długa kolejka ubogich w oczekiwaniu na zapomogę, ścisk przy okienku poste-restante. - godzina dziesiąta: ożywa ulica Beauvau - centrum portowe Marsylii. przed biurami rozlicznych agencji żeglugowych tłoczą się kapitanowie okrętów greckich, austriackich, włoskich, angielskich, szwedzkich. - godzina jedenasta: pora wermutu. zapełniają się kawiarnie, ożywa giełda. - godzina dwunasta: przerwa w pracy. miasto powoli zamiera. przez centralne ulice płynie potok ludzi do restauracji, jadłodajni. - godzina trzynasta: kawiarnie pękają w szwach. przy kawie ożywa hobby marsylczyków, gra w domino.
miedzy godziną pierwszą a drugą cudzoziemiec , który wejdzie do jakiejkolwiek kawiarni, zostaje ogłuszony swego rodzaju ogólnym pomrukiem. każdy stolik posiada swych graczy w domino, otoczonych zewsząd galerią kibiców, których zadaniem jest towarzyszyc graczom w partii, rozważać uderzenia, tłumaczyć i przewidywać porażki lub zwycięstwa konkurentów. [...] Marsylczyk uwielbia grę w domino i jestem przekonany, że za zadne skarby świat nie oddałby krótkiej chwili gorączki, którą napawają go te małe kawałki kości w godzinie kawy. (Bertin)
- godzina czternasta: miasto na nowo podejmuje pracę ... ( za F. Ziejka, studia polsko-prowansalskie). * instytucja pożyczająca pieniądze ubogim na niski procent.
środa, 07 marca 2012
bento. idea plus gadżety, a jakże! kumin w kapuśniaku. owsianka. tak, tak. zaczęłam po trzydziestce. placki a kaszy gryczanej. garam dudh czyli gorące mleko z miodem, masłem, bananem, cynamonem i gałką muszkatołową i masala dudh czyli gorące mleko z przyprawami i orzechami pistacjowymi. amarantus i melasa ze względu na szalona zawartosć wapnia i żelaza.
poniedziałek, 13 lutego 2012
sobota, 11 lutego 2012
środa, 08 lutego 2012
do Nicei trzeba jechac zimą, i to kiedy człowiek zostanie juz dziadkiem z dobrą rentą. nalezy usiąść przy Promenade des Anglais, rozmyślać o liberalizmie i pisać pocztówki do wiernych klientów. Nicea stanowi najpiękniejszą scenografię dla statecznego mieszczanskiego trybu życia. morze jest tu zupełnie łagodne i rzeczywiście takie jak na nicejskich widokówkach. w pokojach karcianych grają w wista. starsze damy, osłaniając się liliowymi jedwabnymi parasolkami, powoli spacerują pośród ośniezonych palm z większościowym pakietem akcji stoczni w Southhampton w torebkach. poszukiwacze przygód przyjeżdzają tu z Monte Carlo odpocząc między dwoma coup. Nicea jest stara i cnotlia. odwiedzają ją królowie i królowe, kiedy nie planują juz zdobywczych ekspansji, patrycjusze z Bazylei, którzy noszą czarne sudruty nawet na przedpoludniowe spacery, jakby udawali się na zebranie zarządu, zmeczeni krupierzy i kobiety pomiedzy czterdziestką a pięćdziesiątką, w pierwszej rozpaczy przekwitania. Nicea pozostała taka sama, jaką była w końcu wieku. nie jest modna, ma pieniądze i nawet dorożkarze są tu dandysami. trzeba tam pojechać, i pojadę zaraz, jak tylko zostanę dziadkiem z dobrą rentą. (Marai)
a dla wielbicieli Pagnola - zakładka literacka. dzis 21:30
poniedziałek, 23 stycznia 2012
piątek, 20 stycznia 2012
środa, 18 stycznia 2012
piątek, 13 stycznia 2012
pieczone cebule z masłem i tymiankiem (wg J. Olivera) duże cebule, te czerwone lepiej się prezentują (jedna na osobę); świeży tymianek; masło; sol. obrać wierzchnią skórkę. odciąć plaster u podstawy, żeby stabilnie stały. u góry naciąć na krzyż tylko do połowy (mają być nacięte a nie podzielone na cwiartki). włozyć do nacięć posiekany świeży tymianek i szczyptę soli (ważne, by sol wsypać w sam środek). na wierzchu cebul polożyć małe porcje masła. piec (np. z czosnkiem w łupinach i kurczakiem na tej samej blasze) w temp 200'C przez ok. 30 min. 3 x p: proste. pyszne. polecam.
i na deser: Traviata z Natalie Dessay. sobota, godz.19-00. dwójka.
środa, 11 stycznia 2012
do Wenecji przyjechałem podenerwowany i nieustannie jadłem. zacząłem od langusty u Canaletta, potem zjadłem coś słodkiego, najpierw u Floriana, a następnie w jednej z cukierni Mercerie , wreszcie krwawy befsztyk w modnej restauracji na Lido. a między posiłkami odwiedzałem muzea i słuchałem Verdiego w kawiarniach na placu Swiętego Marka. w tym wszystkim było coś słodkiego i mdlącego, czego nie mogłem strawić do końca, coś nieświeżego i fermentującego, przyprawiającego o rozstrój żołądka - i w Tintoretcie i w languście, i w komnatach dozów, i nawet w Goldonim. człowiek rozgląda się po Wenecji, na ulicach, gdziekolwiek, i natychmiast czuje, ze powinien zażyć sody. (Marai). |