cahiers du sud

poniedziałek, 28 października 2013

Arelate. 

są podróże, z których wraca się tylko w połowie. 

 

dziękuję, Panie Adamie.

 

niedziela, 03 czerwca 2012

Prowansja to meandry odniesień - helleńskość, łacinskość, romańskość - stopy stawiane w świeże ślady Fryderyka Mistrala, Alfonsa Daudeta, Marcela Pagnola, Yves'a Bonnefoya, Jean Giono; to cwałowanie przez zielone pagórki Lure u boku szlachetnego karbonariusza, pułkownika huzarów Angelo do bramy de la Saunerie obok składów soli w oniemiałym ze zgrozy, wyludnionym cholerą Manosque, to dzwony nad dachami miasteczek jak osie gniazda wśród skał, to święci, rycerze i trubadurzy, jedenascie tysięcy dziewic pod żaglami z koronki, zamki sięgające wieżami nieba, filozoficzne dysputy w szuadit w przedsionkach papieskiego pałacu, proroctwa Nostradamusa z Saint-Remy, obrzędy consolamentum nocą wśród rzymskich stel.
Prowansja to obrazy: wirujące słońce z płynnej siarki, plamy fioletu i zieleni na trawie, pola maków, oplecione bluszczem drzewa, światło na murach, senne cykady o zmierzchu. a może obrazy bardziej odległe, z innego czasu
, z innego życia; sen, który nie do końca prześnił swój sen o antyku, pół sen, pół jawa jak w fantasmagorycznym teatrze cieni, zalesione zbocza Alpilles, gdzie wśród jarów i urwisk błąka się skarga Echo, rozbrzmiewa tętent centaura, w zaroślach kolcolistu przebiega cień brodatego satyra, który pohukując, chichocząc, slizgając się kozim kopytem po skałach, ugania się za nimfami?

czyli obrazki z krainy d'Oc prof. Adama Wodnickiego. i jestem szcześliwa.

ponadto:
notes toskański w redakcji Zagańczyka.
nic nie widac. opowiadanie obrazów
w tłumaczeniu Anny Arno.

piątek, 25 maja 2012

sylweta opactwa kościoła świętego Idziego w Saint-Gilles-du-Gard, jak zawieszony w powietrzu bladobłekitny cień, pojawia się na wiele kilometrów przed miastem. nie przesłaniają jej wyniosłości terenu, skupiska domów ni drzewa. rysuje się w przeźroczystym powietrzu jak zjawa nad leżącymi odłogiem polami, nad wielką równiną porośniętą łoziną i kępami zatrwianu, nad kanałami ukrytymi w gąszczu szorstkiej trzciny, nad mokradłami lśniącymi od oczek wody, gdzie kilometry kolczastego drutu wyznaczają obszary hodowli bojowych toros.

stara, prawie nie używana dzisiaj droga z Arles do Saint-Gilles biegnie wijąc się przez pola i nieużytki, mija małą, złożoną z kilkunastu domów osadę Gimaux, potem dwie albo trzy farmy oddzielone od drogi gąszczem figowców, przekracza garbatym mostkiem kanał, nad którym w maju zanoszą się śpiewem słowiki i wiedzie dalej przez rozległe mokradła, wśród których gdzieniegdzie majaczą na horyzoncie - jak spiżowe posągi Mitry - sylwetki bojowych byków ze sławnej z sukcesów na wielkanocnych korridach w Arles manady du Galoubet*. zza kępy bambusów na zakręcie pojawia sie wreszcie lekki, błekitny cień kościoła. to tutaj. zsiadam z roweru, poddając się magii miejsca i chwili. odurzająco pachną zioła. pod błękitną kopuła majowego nieba zataczając ogromne koła krązą drapieżne ptaki, powietrze pobudzone graniem świerszczy drga jak potrącona opuszkiem palca struna.

w miejscu, w którym ukazuje się nad horyzontem, przebiega granica magicznego kręgu, wewnatrz którego rozciąga się juz inna przestrzeń [...] obok Rzymu, Jerozolimy, Santiago de Compostella, opactwo stało się jednym z czterech najważniejszych i najliczniej odwiedzanych miejsc kultu. (Wodnicki)

 

* słynna hodowla byków.

środa, 25 kwietnia 2012

ostatnie dni wiosny. powietrze gęstniało od zapachów. lśnień, jaskółczych świergotów. rankiem słońce zapalało ostrą czerwienią girlandy wiosennych obłoków, ale dźwięk dzwonów rozchodził się już bardziej ospale, tracił radosną przejrzystość. rózowa piana kwitnących krzewów zmieniałą się w plamy szarej zieleni, na gałązkach pojawiały sie kolczaste zawiązki nieznanych mi owoców. w poludnie majowy upał dymił z dachówek, gasił kolory, na placykach pod platanami wyostrzał granice światła i cienia. całe miasto: mury, wieże, domy, ogrody, tonęły w miodowej otchłani lata, jak w płynnym bursztynie. wieczorem, pod wielkim kołem księżyca, ukryte w zakamarkach nocy, grały świerszcze. 

*

lubię te powroty polnymi drogami o zmierzchu, często z bukietem barwinku, wiązką maków lub słoneczników przywiązanych do bagażnika, lubię obraz miasta widziany z drugiej strony Rodanu, z wieżami, domami, drzewami, odbity w gładkim jak lustro nurcie rzeki; lubię zapach świeżego pieczywa z piekarni Le pain retrouve przy schodkach na most w Trinquetaille, zjazd z mostu w płątaninę uliczek La Roquette, i wreszcie bezpieczną przystań - dom i fotel wypleciony trzciną z Camargue, w którym siedząc można [...] podnosząc kieliszek popatrzeć pod światło na czerwone jak żarzący się płomień wino [...] przyniesione z sobotniego targu. 

*

jasny, wrześniowy dzien dogasającego lata w Alpilles w rozmytych bielach, ugrach i złocie, z klawesynowym continuo świerszczy, kiedy siedząc wysoko na skalnym złomie, z książką na kolanach patrzyłem w dół, na kamieniste dno doliny, na wędrujące, przejrzyste cienie chmur, które na przemian to zapalały, to gasiły sceniczne światła wielkiego spektaklu nadchodzącej jesieni. pamiętam zdumienie i zachwyt [...] tajemną mową kamieni tej ziemi. (Wodnicki)

środa, 08 lutego 2012

do Nicei trzeba jechac zimą, i to kiedy człowiek zostanie juz dziadkiem z dobrą rentą. nalezy usiąść przy Promenade des Anglais, rozmyślać o liberalizmie i pisać pocztówki do wiernych klientów. Nicea stanowi najpiękniejszą scenografię dla statecznego mieszczanskiego trybu życia. morze jest tu zupełnie łagodne i rzeczywiście takie jak na nicejskich widokówkach. w pokojach karcianych grają w wista. starsze damy, osłaniając się liliowymi jedwabnymi parasolkami, powoli spacerują pośród ośniezonych palm z większościowym pakietem akcji stoczni w Southhampton w torebkach.

 poszukiwacze przygód przyjeżdzają tu z Monte Carlo odpocząc między dwoma coup. Nicea jest stara i cnotlia. odwiedzają ją królowie i królowe, kiedy nie planują juz zdobywczych ekspansji, patrycjusze z Bazylei, którzy noszą czarne sudruty nawet na przedpoludniowe spacery, jakby udawali się na zebranie zarządu, zmeczeni krupierzy i kobiety pomiedzy czterdziestką a pięćdziesiątką, w pierwszej rozpaczy przekwitania. Nicea pozostała taka sama, jaką była w końcu wieku. nie jest modna, ma pieniądze i nawet dorożkarze są tu dandysami. trzeba tam pojechać, i pojadę zaraz, jak tylko zostanę dziadkiem z dobrą rentą. (Marai) 

 

a dla wielbicieli Pagnola - zakładka literacka. dzis 21:30

 

poniedziałek, 23 stycznia 2012

dla wielbicieli Pagnola. czas tajemnic juz jest.  teraz czekam na czas milości.

 

czwartek, 29 września 2011

rozmowa z prof. Adamem Wodnickim. 

tym od Notatek z Prowansji.


ps. audycja do odsłuchania na stronie.

wtorek, 27 września 2011
środa, 15 czerwca 2011

w Arles sobotni targ kończy się o pierwszej po południu. przy zwijanych pospiesznie stoiskach dogasają ostatnie transakcje; odkłada się na bok resztki nie sprzedanych produktów: owoców, warzyw, wypieków - dla ubogich i kloszardów; okrzyki, nawoływania, hałas składanych etelaży, [...] cichnie gwar rozmów, wybrzmiewają ostatnie gitarowe akordy flamenco, zwijają swe maty kontorsjoniści, żonglerzy, schodzą ze szczudeł uliczni aktorzy, grajkowie chowają w pokrowce z koziej skóry prowansalskie piszczałki, zwane galoubets, oraz kościane pałeczki tamburynu. ale raz pobudzone emocje nie opadają łatwo. targowa klientela z pełnymi koszami lub wózkami na zakupy odpływa, przenosi się do barówi na tarasy kawiarń. nie na długo. zbliża się święta godzina dejeneur - południowego posiłku, a po nim zwyczajowej siesty. na dwie godziny miasto zapada w letarg,[...]
obraz tego wygasającego w południe dionizyjskiego żywiołu byłby jednak niepełny, gdybym pominął milczeniem pewien istotny - powiedziałbym apolliński - element: od lat uświęcony obyczaj, który każdej soboty, po zakończonym targu, gromadzi na tarasie Cafe Malarte kilka, bywa, że kilkanascie osób, na osobliwego rodzaju sympozjum, które nie będąc uniwersytecką debatą, jest jednak czymś więcej niż zwykłym towarzyskim spotkaniem i przyjacielską dyskusją.
kiedy i jak narodził sie ten zwyczaj - nikt nie wie albo nie pamieta. [...]
zasada jest prosta. rozmawia się na z góry zadany temat. temat uzgadniany jest na poprzednim, sobotnim spotkaniu. tematy bywają rózne : od literatury, filozofii, do aktualnych, często kontrwersyjnych, wydarzeń. ważna jest sama rozmowa. sztuka rozmowy.
animatorem tych spotkań, Amfitrionem - od zawsze - jest człowiek - legenda, człowiek - instytucja - Ladislas Mandel.
przychodzi zwykle pierwszy z koszykiem zakupów i plikiem wyszperanych w antykwariacie książek, zajmuje stolik - jeśli jest lato, na zewnątrz w cieniu platana albo pod wielką, pasiastą żaluzją - jeśli zima, wewnatrz kawiarni, zawsze w tym samym zacisznym kącie pod scianą. wkrótce po nim przychodzą inni, od lat ci sami [...], kładą na stole drobne zakupy: garść oliwek, prażonych migdałów, kiść winogron lub arabskie słodycze...
kiedy jestem w Arles*, nigdy nie opuszczam tych spotkań. ich uczestnikom - moim przyjaciołom - i temu magicznemu miastu, z jego żywiołowością, pogańskim rozpasaniem, ale i racjonalnym umiarem, zawdzięczam ten rodzaj zakorzenienia, obecności, która sprawia, że nie czuje się tutaj przybyszem z inngo świata, ale u siebie, w domu, ze nosze to miasto w sobie, jak rodzaj głodu, że tęsknię za Arles nawet wtedy, kiedy tu jestem. to miejsce do którego należę, ponieważ je kocham i rozumiem.
spotkania i rozmowy z Cafe Malarte czesto kończą się wspolnym obiadem w domu gospodarza, w Paradou. [...]
kiedy w pażdzierniku ** wróciłem do Arles, Ladislasa juz nie było wśród żywych. [...]
w soboty po zakończonym targu Cafe Malarte jak zwykle tętni życiem. uwijają sie kelnerzy, balansując uniesionymi  nad głową tacami pełnymi szklaneczek cinquante-un (pastisu), smukłymi butelkami żródlanej wody, kieliszkami rouge syndical ( czerwonym winem, zwyczajnym), rouge orthodoxe (markowym cotes du rhone), albo kielichami demi-pression, blanche (jasnym piwem beczkowym z plasterkiem cytryny). spotkania i sobotnie debaty trwają nadal, ale utraciły swój niepowtarzalny charakter. i zawsze przy stoliku stoi puste krzesło, o które co chwila upominają się nieswiadomi niczego klienci. (adam wodnicki)

* profesor Adam Wodnicki prowadził tzw. Ateliers de la langue w Międzynarodowym Kolegium Tłumaczy Literatury Pięknej w Arles oraz  gościnne zajęcia pedagogiczne  w Wyższej Szkole Sztuk Pięknych w Tuluzie.

** ostatnie ich spotkanie miało miejsce w maju 2006 roku. Ladislas Mandel zmarł 21 października 2006 roku.

piątek, 25 marca 2011

                ...odnalazłem ją przed domem, siedzącą na pniu drzewa 
                i zatopioną w kontemplacji doliny Rodanu..
                                                                                       Gustave Thibon

nagle ona przestaje cokolwiek rozumieć,
tylko patrzy:
w ziemi otwiera się dolina Rodanu,
nad nią pojawiają się stare wioski,
szerokie pasmo winnic, studnie pełne pragnienia.
platany budzą się ze snu,
koguty podejmują wytrwały marsz,
jastrzębie wracają do nieba
i ona nieomal widzi lekkie oddechy skowronków,
kopce niesione przez czarne krety,
dachy chłopskich domów, orzechy,
kościoły o wieżach skręconych jak liście tytoniu,
ciemne plamy dojrzałego zboża, błyski kos;
winogrona leżą w wiklinowych koszach,
śmierć chowa się w cieniu jałowców
i śmierć jest blisko.
w dole płynie rtęć szerokiego Rodanu
niosąc barki i czółna
i jedną minutę przebaczenia,
jedno mgnienie szczęścia,
oliwkę nicości. (zagajewski)


czwartek, 17 marca 2011

każde miasto jest czymś więcej niż zwykłym skupiskiem domów — jest żywą, cielesną istotą: ma kościec, arterie i krwiobieg, ma wiązki nerwowych włókien. zbudowane jest z żywej, ciepłej materii: domów, ogrodów, placów, lecz także pustych miejsc, słupów zagęszczonej przestrzeni po nieistniejących domach, ogrodach, placach, po nieistniejących drzewach, nieżyjących ludziach, z powietrza, które wchłonęło głosy, zapachy ludzi i zwierząt, klątwy, złorzeczenia i akty strzeliste. rzeczywista i iluzoryczna architektura ze światła i cieni pełna jest niewidzialnych rzeczy, postaci, niewidocznych linii — strumieni sił: biegną równolegle bądź przecinają się, tworząc węzły, zapętlenia w pozornie pustych, nic nieznaczących punktach.
takie miasto na ogół bardzo wolno i bardzo niechętnie odsłania swoje sekrety. kiedy pozna się je bliżej, dostrzega się także różne, nakładające się na siebie warstwy. można całymi latami przebywać w jednej, nic nie wiedząc o innych. można przechodzić z jednej warstwy do drugiej. za każdym razem będzie to inne miasto. dla tych, którzy potrafią z nim współżyć, jest przyjazne i otwarte, ba, nawet czułe, dla innych — obojętne lub wrogie; jest wyraźną osobowością i jak każda osobowość miewa kaprysy, dobre i złe dni. potrafi się wdzięczyć, stroić miny, okazywać humory. radosne bywa w wiosenne poranki: okna domów patrzą przyjaźnie, dźwięk dzwonów miesza się ze świergotem jerzyków, uliczny gwar — strzępy rozmów, okrzyki sprzedawców, nawoływania splatają się w muzyczne kadencje, z otwartych drzwi piekarni bije zapach świeżego pieczywa, a w szczerby między płoworudymi dachami wlewa się, jak z alchemicznej retorty, ultramaryna nieba. ale bywa zasępione i chmurne, jakby od wczesnych, porannych godzin dźwigało smutny ciężar dnia; wszystkimi porami wsącza się sine, złe światło, z wpół otwartych bram, jak chory oddech śmierci, zionie zatęchły zapach piwnic, nawet pęknięcia w kamieniu układają się w jakieś złowróżbne znaki.
miasta Południa budzą się późno, ale do nocnych godzin żyją intensywnie, w nieustannym podnieceniu, w wiecznej gorączce. prawdziwe życie toczy się na ulicy. dom jest miejscem, gdzie ludzie rodzą się i umierają, gdzie płodzą dzieci, odprawiają sjesty, dzielą posiłki, chronią się przed deszczem i chłodem. ale cała aktywność, od świtu do zachodu słońca, skierowana jest na zewnątrz; wszystko to, co naprawdę ważne, dzieje się w pełnym słońcu, na ulicy, wśród ludzi.
[...]
ale uważny obserwator łatwo dostrzeże, iż cały ten zgiełk, barwny uliczny teatr, kryje głębszy, podziemny nurt, że całe tutejsze życie, ze swymi zwyczajami, sposobami zachowań, rytuałami i językiem, tak trudne do przeniknięcia z zewnątrz, może rozwijać się tylko w enklawach, jak w siatce grot, i od rana do wieczora, i od wieczora do ranka znajduje pokarm jedynie w sobie samym. i może właśnie to — ten jedyny w swoim rodzaju klimat, w jakim toczy się codzienna krzątanina, wytwór długiej i subtelnej destylacji wspomaganej całą historią, geografią i filozofią—składa się na nieodparty powab, tajemną urodę miasta [...]. (Wodnicki) *



* fragment książki notatki z Prowansji, która ukaże się nakładem wydawnictwa Austeria. źródło ZL.

wtorek, 07 grudnia 2010

jak pewnie juz wiecie, niedawno ukazało sie nowe tłumaczenie (ja mam maleńkie wydania czytelnikowskie z 1978 i 1981 roku) dwóch pierwszych tomów wspomnieniowych Marcela Pagnola - duma mojego ojca. zamek mojej matki. o żonie piekarza wspominałam juz wcześniej. mam nową informację, którą potwierdziłam dzisiaj - plany wydawnicze obejmują kolejne tytuły Pagnola. i to jest dla mnie nius miesiąca. 

a do maluchowej prowansalskiej biblioteczki polecam tez pierwszy tytuł z cyklu o  małym Pascalet czyli chłopca i rzekę Henri Bosco. czy beda kolejne? jesli sie dowiem, dam znać. (update: niestety nie bedzie). a marzy mi się też polskie wydanie revelation du Luberon albo prelude Napolitain...

a swoja drogą, czy ktoś wie, na kiedy planowana jest moja prowansja Ziejki ? (update: powinna być wydana do końca 2011)

a. i włoski trop czyli spacery po Rzymie Ewy Bienkowskiej, nie wspominając o oleandrze, którym jestem zachwycona.


wróciliśmy. i juz tęsknimy za słońcem. ale zachwyt Biedrony śniegiem wynagradza niewygody tej nieulubionej pory roku. 


wtorek, 07 lipca 2009



wieczorem rozpocznie się 63. międzynarodowy festiwal teatralny w Awinionie

tegoroczne spotkanie ludzi teatru i widzów będzie poświęcone w dużej mierze kulturze śródziemnomorskiej. stanie się tak za sprawą artysty stowarzyszonego z festiwalem, którym jest w tym roku kanadyjski reżyser i aktor libańskiego pochodzenia - Wajdi Mouawad. funkcja artysty stowarzyszonego polega przede wszystkim na współudziale w układaniu programu festiwalu. na ten program złoży się zresztą między innymi kilka przedstawień samego Mouawada.

do śródziemnomorskiego nurtu festiwalu wpisuje się również po części polski element programu. w Awinionie wystąpi zespół Nowego Teatru z Warszawy z przedstawieniem (A)pollonia w reżyserii Krzysztofa Warlikowskiego. spektakl ten jest w dużej mierze oparty na tekstach klasycznych autorów greckich.

w pierwszym festiwalowym przedstawieniu - Wojnie synów światła z synami ciemności, w reżyserii Izraelczyka Amosa Gitai, wystąpi między innymi Jeanne Moreau.(polskieradio.pl)
i nota w GW.

i oczywiście program OFFu.
grande opening parade.

ps. my w tym roku mamy inne destynacje ale za rok mała Marianne odwiedzi niewiele starszą Carmen i maleńkiego Frederica.
oj, będzie bal....

środa, 18 marca 2009

pojechałem do Lourmarin. masywny zamek, kościół otoczony niskim murem, w tle domy w kolorze piasku i krwi. ciche, błękitne niebo. nieopodal zielona płyta piłkarskiego boiska. [...] w księgarni - L'Etranger, La Peste i La Chute. na wąskich ulicach gwarno. młode kobiety śpieszą na rowerach po składniki konieczne dio przygotowania obiadu. mężczyżni czytają gazety, drzemią przy kawiarnianych stolikach. łatwo nabyć obraz, rzeźbę, dom na wzgórzu. w Lourmarin powinienem był pomyśleć o rzeczach wielkich. o roli sumienia, o porażce i zwycięstwie Syzyfa, o przeklętym życiu Telemacha (czy mógł być szczęśliwy?). tymczasem zajmowało mnie błękitne niebo, kolor jasny i czysty. szelest spódnic, sen.
cmentarz położony jest tuż za miasteczkiem. pod stopami chrzęści żwir. bez trudu odnajdujemy grób pisarza. surowy, grubo ciosany kamień [...]. lawenda. dziwne, ze my tak skłonni do rozprawiania na inne tematy - jesteśmy tak ubodzy w myśli, jeśli idzie o śmierć - pisał Camus - czym jest błękit, co o nim myślec? ta sama trudność ze śmiercią. o śmierci, jak o kolorach, nie można dyskutować.
(szczuciński)

chłodna, kamienna ława pod zamkiem. XV wiek przed oczyma, gaj oliwny za plecami, wokół dzwięk skrzypiec - ktoś ćwiczył i rozlewał muzykę przez otwarte zamkowe okno. a potem zapach kawy i południowego posiłku krążący pośród ściśniętych ciał kamieniczek. oddech turystów na szyi. ciasno. duszno. uciekamy z miasteczka aleją platanową namaszczeni kroplami deszczu.

poniedziałek, 07 lipca 2008

oddychać atmosferą święta oto cel na najbliższe dni*.
i Alpilles. i route de Cezanne. i routes de la lavande. byleby sił starczyło.
i wieczorny taras z widokiem na Gordes.


znów u siebie.



* na arte możecie śledzić wydarzenia.

z ostatniej chwili.
głosy Korsyki czyli A Filetta na Brave Festival.
różności budapesztańskie w Zeszytach Literackich.
i nowe ścieżki Kota. 616 stron wspaniałości. eseje, szkice, noty, listy czyli chwile oderwane.
i szybki rzut okiem.

czwartek, 10 kwietnia 2008

idealna trasa spacerowa dla ludzi, którzy tak naprawdę wcale nie lubią spacerów. w innych częściach Luberon spacerowicz napotka kręte, zarośnięte ścieżki, kłujące, wysokie po pas zarośla kolcolistu i strome, trzydziestopięciostopniowe podejścia w palącym słońcu. route des cedres jest zupełnie inna - płaska, wolna od kolczastych zarośli i cudownie zacieniona. wokół rozpościerają się wspaniałe widoki. idzie się nie tylko po płaskim, ale też miękkim jak dywan podłożu. nawet najbardziej wybredny spacerowicz nie mógłby wymagać więcej.
trasa zaczyna się tuż nad Bonnieux, a kończy się przy Gordes du Regalon, czyli ma około czterech kilometrów. jej poczatki sięgają roku 1861, kiedy to nasiona cedru zebrane w górach Atlas w Algierii posiano wzdłuż grzbietu Luberon, ponad 700 metrów nad poziomem morza. nasiona się przyjęły, drzewa urosły i się rozmnożyły. cedry są najodporniejszymi na ogień ze śródziemnomorskich drzew, wiele z nich zdołało przetrwać tragiczne pożary, które zniszczyły tysiące akrów w 1952 roku. dziś stanowią prawdziwy las, z setkami dobrze rozrośniętych drzew, wysokich, ciemnozielonych i pieknych.
przez większą część roku rzadko spotyka się tam ludzi, a najgłośniejszym dźwiękiem jest szelest wiatru w gałęziach. po paru dniach mistralu, kiedy niebo jest wymiecione do czysta, a powietrze bardziej niż zwykle przejrzyste, spoglądając na południe, można zobaczyć - za Aix i potężnym klinem Sainte-Victoire - blask Morza Śródziemnego. a na północy białe zęby Alpilles.
pod śniegiem trasa wygląda magicznie. pod słońcem jest spokojna i chłodna. zawsze dodaje energii. poetka Karle Wilson Baker dobrze to ujęła - dzis urosłam od spaceru z drzewami. (Mayle)

środa, 26 marca 2008

tym razem kilka ciekawostek. trochę po czasie. ale co tam.

Wielki Piątek to tradycyjne procesje i drogi krzyżowe. jedną z najstarszych i chyba najbardziej spektakularnych jest procesja w miejscowości Roquebrune, w południowych Alpach.
od 1315 roku tego dnia mieszkańcy ustawiają na drogach setki małych lampek olejnych zrobionych ze skorupek ślimaków. światełka te oświetlają drogę procesji, która o godzinie 21:00 wyrusza z kościoła Świętej Małgorzaty. procesja ta nazywana jest procesją ślimaków.

granitola – tak po korsykańsku mówi się na ślimaka i tą też nazwą określa się procesje odbywające się na przepięknej wyspie Morza Śródziemnego. w każdej niemal miejscowości uczestnicy wielkopiątkowych procesji chodzą, jakby rozwijając i zwijając spiralę, stąd też nazwa ślimak.
*
w miejscowości Gruissan, niedaleko od Narbonne, nad samym Morzem Śródziemnym w poniedziałek wielkanocny wyrusza z maleńskiej kaplicy Notre-Dame-des-Auzils procesja w stronę symbolicznego cmentarza marynarzy.
ich to bowiem pamięć jest czczona tego dnia, a na drodze procesji pielgrzymi zatrzymują się przy kolejnych pomnikach postawionych tym, którzy już z morza nie wrócili do domów.
*

w Perpignan, czyli u naszej Ga_lapagos, już o godzinie 15:00 słychać bicie bębnów i śpiewy katalońskie. pielgrzymi z Bractwa Sanch powolnie ruszają ulicami miasta, prowadzeni przez Regidora*, niosącego dzwonek. ubrani są na czarno lub czerwono, a długie szpiczaste kaptury zakrywają im twarze, odsłaniając zaledwie oczy. ten zwyczaj, głęboko zakorzeniony w tradycji katalońskiej istnieje tu od pięciu wieków.

procesja ma upamiętniać nie tylko Chrystusa, ale i wszystkich skazanych na śmierć. w dawnych czasach członkowie bractwa towarzyszyli skazańcom na miejsce kaźni. ubrani w szaty więzienne otaczali nieszczęśnika, co pozwalało mu często uniknąć wściekłości tłumu. dzisiaj procesja rusza z kościoła Świętego Jacka i przemierza ulice Perpignan, zatrzymując się we wszystkich symbolicznych miejscach.

*

w niedzielę Wielkanocną we Francji szczególny ruch i podniecenie panuje w miejscowości Montrottier w regionie Rhone-Alpes.
mieszkańcy z koszykami w rękach rozchodzą się po okolicy, by ukryć 30 tysięcy wcześniej zebranych jaj. część z nich zresztą jest pięknie udekorowana.trzeba zdążyć przed przybyciem gości z sąsiednich miejscowości i turystów oczywiście, którzy pod sygnale, że polowanie się rozpoczęło, ruszają na poszukiwania. oczekiwanie na powrót z łowów skracają mieszkańcom Montrottier różne koncerty i występy.wieczorem wszyscy razem zasiadają przy stołach ustawionych w XVII-wiecznej hali, by wysłuchać pasjonujących przygód poszukiwaczy wielkanocnych jaj. dla tych, którzy znaleźli ich najwięcej przygotowane są nagrody. a najbardziej wytrwali i najmniej zmęczeni zostają na balu.

poszukiwanie jajek ukrytych w ogrodzie to jeden z bardzo nielicznych zwyczajów, które przetrwały w całej Francji. dzisiaj jest to zabawa przeznaczona dla dzieci, jajka są z czekolady i trzeba bardzo uważać, żeby małoletni łowczy nie pochorowali się z przejedzenia**.


i na koniec kulinarna tradycja wielkanocna czyli un gigot d'agneau.
po porannym slalomie czekoladowych jaj w ogrodzie (zajrzyjcie do Fabelli), Francuzi
ok. 13:00 zasiadają do świątecznego stołu. i siedzą. i jedzą. i gawędzą. m. in. przy udźcu jagnięcym.

2.5 kg jagnięciny, sól, 300 ml bulionu mięsnego lub warzywnego, 1 łyżka mąki i świeżo zmielony pieprz.
skorupka: 20 dag tartej bułki, 5 dag musztardy diżońskiej, po 5 dag natki i tymianku (u mnie z przyczyn obyczajowych pietruszka odpada).

ułóżyć mięso w brytfannie, ponakłuwać widelcem. powierzchnię mięsa natrzeć solą. piec 25 minut na każde 50 dag wagi mięsa w temp. 180°C. wymieszać tartą bułkę i posiekaną zieleninę. na 10 minut przed zakończeniem pieczenia posmarować mięso musztardą, a następnie posypać tartą bułką wymieszaną z ziołami. upieczone mięso przełożyć na podgrzany ćółmisek i szczelnie przykryć folią aluminiową. sos wytworzony podczas pieczenia mięsa wymieszać z mąką, zasmażyć i rozprowadzić bulionem. zagotować, przyprawić do smaku solą i pieprzem. pokroić jagnięcinę i podawać z sosem.***


* funkcja rozszyfrowana dzięki pomocy Ga_lapagos i Geralta.
Regidor jest
przedstawicielem władzy lokalnej - to rajca miejski czyli radny czyli członek rady miejskiej.
** całość tu i tu.
*** przepis wyczytany w miesięczniku Kuchnia.



rhone exaltation 2008

2ème édition de leur festival oeno-gastronomique et culturel des Cotes du Rhone.
29 - 30 marca Avignon

wtorek, 26 lutego 2008


według informacji, które odnalazłam w sieci, to Pasquale Paoli* umieścił na fladze wolnej Korsyki głowę Maura. jedna z wersji tak oto tłumaczy dziwny emblemat: rycerstwo średniowiecznej Europy podczas wypraw krzyżowych miało prawo dołączyć głowę Saracena do własnego herbu jako symbol męstwa i zwycięstw odniesionych w bitwach z niewiernymi. arabscy piraci zaś byli odwiecznymi wrogami mieszkańców Korsyki. profil Maura na fladze Korsyki miał świadczyć o odwadze jej mieszkańców i determinacji w pokonywaniu wrogów.(korsyka.kei.pl)

a biała opaska, pierwotnie zasłaniająca oczy Maura, została przeniesiona na czoło, co ma świadczyć o wyzwoleniu wyspy.

więcej o fladze korsykańskiej tu.

czwartek, 21 lutego 2008
czwartek, 13 grudnia 2007

w dole miasto przykryte mgłą, w górze słońce podgrzewa zmrożone dachy. zimowa zieloność błądzi w dolinie wraz z echem szczekających psów. kostnieją ręce, cicha muzyka w tle i szelest przewracanych kartek obok. za chłodno dziś dla Kąpiących się. gorąca czekolada na rozgrzanie tam, gdzie miał ją pić w zwyczaju Cézanne. słońce nie śpieszy się z zachodem. (kozłowska)

*
- twoje obrazy są zimne, Cezanne - krzyczał Gauguin - zimne jak lód. marznę patrząc na nie. na wszystkich kilometrach płótna, które wymalowałeś, nie ma ani grama uczucia.

- nie mam też wcale zamiaru malować uczuć - odparł ostro Cezanne. - zostawiam to pisarzom. maluję jabłka i pejzaże.
(stone)


*
niezebrane migdały, czarne na bezlistnych gałęziach. przycięta winorośl, wysuwająca poskręcane palce z gołej brązowej ziemi. zimowe zachody słońca, ostre i panaromiczne, a po nich nisko zawieszony krwawy księżyc. para unosząca się znad końskiego grzbietu. pola białe od kwitnących dzikich
roquette. krzewy kolcolistu z błyszczącymi żółtymi czubkami i pojedyńczy fioletowy kwiatek optymista przy kępie rozmarynu. pióropusz dymu w oddali, unoszący się prosto jak przy linijce w nieruchomym powietrzu. przeźroczysty naskórek lodu na mchu wokół fontanny. odgłosy wystrzałów rankiem i o zmierzchu. skowyt, ujadanie i dzwonki myśliwych. zmarznięta ziemia, chrupiąca pod stopami. kaszel ruszającego traktora. cedrowe polana, trzaskające w kominku. cisza krajobrazu wytłumionego śniegiem. zimowe zapachy: mrożne powietrze, przyprawione drzewnym dymem, mocny, niemal zgniły aromat pierwszej trufli*, oleisty zapach rozgniatanych oliwek. ostatni zimowy śnieg podobny do kapnięć lukru na szczytach wzgórz. (mayle)



* i kilka słów Brillat-Savarina.


środa, 07 listopada 2007





i tu. i tu.

a tu i tu i tu jak przygotować przysmak pigallowy.

u nas rosną nieliczne egzemplarze, głównie na Pomorzu Zachodnim i Dolnym Śląsku.

wtorek, 30 października 2007



huiles essentielles de lavande, huiles d’olive, raisins muscat, miels, vins des côtes du Ventoux, agneaux, porcs élevés en plein air, champignons, truffes, châtaignes, plantes aromatiques et médicinales, nougats, petit épeautre, fromages de chèvre, cerises.

films. debats. ateliers degustation. cuisine des chefs. sentiers vignerons. lectures. conferences. marches paysans. concerts. fhotographies.

wtorek, 23 października 2007

cisza, lekki plusk morza.
[...]
noc ciepła i jasna, srebrzysto-popielaty piasek i staniolowe morze. apetyt. nieopisana rozkosz, bezmyślna i zdrowa. piękno nie porusza tu żadnych wspomnień, nie kojarzy się z niczym - ani z muzyką, ani z poezją. jest pięknem, które się je tak samo, jak te sadzone jajka ze szpinakiem z puszki i zapija szklanką czerwonego wina. nie czuje się potrzeby wykołatania z siebie żadnych uczuć czy wzruszeń, tęsknoty lub marzeń. tu za jednym zamachem można się oduczyć tej słowiańskiej tęskliwości, niebieskookiej, łanowo-równinno-zbożowej.

tutaj piękno jest; jest na talerzu, jest tak uchwytne, że jem jajka, szpinak, księżyc, morze, sałatkę z pomidorów, fasolę i oblizuję się. może właśnie ta uchwytność nie powoduje ani chęci, ani potrzeby rozpuszczenia myśli, przeciągu w duszy. skowronki? tu się je strzela i zjada pieczone. nic innego nie przychodzi mi na myśl przy skowronku. żadne jakieś boży kmieć, żadne tiu, tiu, a frr, a frr.

keksy z winem i z cukrem, winogrona. potem kładziemy się na piasku i palimy, wydmuchując dym w księżyc.[...] leżę i piszę przy księżycu. już pierwsza.
(Bobkowski)

piątek, 28 września 2007

czy znasz nastrój i życie w południowych miasteczkach Francji? zawsze o tobie myślę i tak mi żal, że nie jesteśmy razem. mielibyśmy tyle tematów do rozmowy i tyle okazji do przeżywania tego, co innym wymyka się, przecieka między palcami i wydaje się nudną monotonią.
była wojna, jeszcze trwa, lecz dla nich podobno już minęła, a tu w ogóle nie dotarła. i oni się nie zmienili. wychodzę pod wieczór. słońce zapadło za domami i czuć je jedynie w wąskich uliczkach, grzeje jeszcze poprzez spopielałe w żarze dnia kamienie, bucha gorącem od ścian domów. godziny między zachodem a zapadnięciem nocy są godzinami bez kolorów: na co spojrzysz, wszystko ma ten sam odcień popielatobiały, mglisty jak spłowiała akwarela.
zamknięte w dzień okiennice otwierają się teraz, a przed drzwi domów wynoszą stołki, taborety, fotele i ławki. siedzą na nich ubrane w czerń stare kobiety; szyją, szydełkują, cerują i mówią. mówią śpiewną, niemal fonetyczną mową francuskiego południa. jak w Fanny i Mariuszu Pagnola. o szarej godzinie wszyscy są przed domem i siedzą tak do późnej nocy. młode dziewczęta są śniade i mają czarne włosy, chłopcy też są ciemni i zwykle mali. wieczorem uganiają na rowerach.
idę na zamek... jest już zupełnie ciemno. podchodzę na wał i obchodzę mury od zewnątrz. na niebie wypryskują gwiazdy, jak bańki gazu w wodzie sodowej, wyraźnieje tuman pyłu drogi mlecznej. zamek, całe miasteczko wewnątrz opasane murami, stają się tajemnicze. jak ilustracje do bajek. przez most, niegdyś zwodzony, wchodzę do środka. znam tu już wszystkie przejścia i włazy. wspinam się po murze, potem po kamiennych schodach na wieżę. wdechuję głęboko świeży powiew nadlatujący od Pirenejów. kładę się na podłodze i patrzę w niebo. wtedy jest naprawdę sklepieniem. (Bobkowski)

 
1 , 2 , 3 , 4
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Cafes en Vogue
Cartes Postales Gourmand
Passage Francais
Reminiscencje Frankofońskie
Specialites de la Maison
Un Petit Apéritif