kajet włoski

środa, 16 maja 2012

widok toskańskiej doliny jest dla mnie wzorem doskonałości i znakiem chwil szczęśliwych. w dni jesienne i zimowe noszę go w pamięci jak talizman i szukam dla niego godnego odpowiednika wśród północnych pejzaży. wędruję, szukając ulotnych cieni, wydeptuję szlak, licząc, że w końcu odnajdę dawny kształt miasta, krajobrazu, choćby jego zarys, i wpiszę w niego kilka bliskich mi postaci, mocniej uchwycę ich obecność. samotność jest może najważniejszą częścią podróży, tej prawdziwej wiodącej w odległy świat, i tej, równie ważnej, pozwalającej jedynie siłą wyobraźni podążać w nieznane.

bo jest nowa ksiazka Marka Zagańczyka: Cyprysy i topole

do posłuchania rozmowa z autorem.

siłą tej książki jest wiedza o przedmiocie, czarem – czuły opis.(Hartwig)

 

w ramach serii dolce vita, Czarne wydało W miasteczku długowieczności. Rok przy włoskim stole. można pomyśleć.

 

a w menu na dzisiejszy wieczór Paris Eugene Atgeta (próbka na zachętę). gra mi stereophonics. jest zajefajnie. teraz.  

środa, 18 kwietnia 2012

 

fotograf wywołuje filmy,

kościelny przygląda sie

murom i drzewom

bardzo uważnie,

chłopcy grają w piłkę,

pralnia chemiczna czyści sumienie

tego spokojnego miasteczka,

trzy starsze damy omawiają koniec świata -

ale wieczorem powraca

tumult morza

i ten zgiełk

odsuwa w niepamięć

miniony dzień. (Zagajewski

 

poniedziałek, 22 sierpnia 2011
poniedziałek, 25 lipca 2011

wieża jest cudowna- chciałbym, żebyś ją widział - Leonor przywioła masę makat wschodnich i zyjemy pośród ruin i przepychu - morze 50 m. kąpię się rano i wieczorem - wieczorem siedzimy przy świetle mnóstwa barokowych kandelabrów i gramy na gramofonie Bacha, Vivaldiego i Scarlattiego. Leonor maluje - zaczęła swoje głowy w technice olejnej - myślę, że bardzo by Ci się spodobały. (Jeleński)


na lato 1952 Leonor Fini wynajęła z przyjaciółmi Torre San Lorenzo, popadłą w ruinę wieżę w okolicach Anzio, zbudowaną w XV wieku przez Orsinich. oprócz malarki i Jeleńskiego przebywał tam wloski malarz Stanislao Lepri, włoski malarz Fabrizio Clerici, francuski pisarz Jacques Audiberti. wieża ta widnieje na płótnach Leonor z tamtego okresu. (Karpiński)



Leonor przy potrójnym portrecie- Kot, Leonor i Sergio Gajardo. znalezione tutaj.


czwartek, 09 czerwca 2011

pamiętacie o notatkach z Prowansji  Wodnickiego? bo juz dostępna.

a ja znów znalazłam coś wspaniałego. Tempo di Roma.

we Włoszech istnieją odległe zakątki ale nie ma prowincji. najmniejsze miasteczko kroczy z koroną na głowie równe innym. Rzymianie nie są elegantsi od florentyńczyków, ani smuklejsi od mieszkańców Mediolanu, nie mówią ładniej od tych ze Sieny i nie ruszają się godniej od wenecjan; neapolitańczycy są bardziej pewni siebie. tyle ze rzymianie są zamyśleni. zbut wiele widzieli. mają spojrzenie wyostrzone jak stal, żywe jak błyskawica i silne jak marmur: można o nie uderzyć. by obudzić ich uprzejmośc, trzeba przemawiać słowami precyzyjnie dobranymi, krótkimi zdaniami. po tym poznałem, że znalazłem się w stolicy, nie Italii, ale bardzo starego i bardzo szczególnego świata. wielu rzeczy musiałem się uczyć na nowo.

i mała litera. oto Otto.


poniedziałek, 20 grudnia 2010

Cremona to dla mnie niemieckie skrzypce,
które Janek kupił w latach pięćdziesiątych
myśląc, że inwestuje w przeszłość (Guarnerius
fecit 1752), ale co zrobić z takim
nadmiarem Włoch? Lombardia, Veneto
i nagle krajobraz, który zdawał się martwy
jak ostatnia z Capulettich albo bezgłowy
biust konsula, ożywa, kiedy światło
wlewa się w tężejące kształty.
Topole i spłowiałe trawy wśród wzgórz,
na północy stalowe oczy jezior, wyżej
szerokie wąwozy Trentino
— ile literatury, ile złudzeń!
A wcześniej za plecami
jeszcze widmo, do którego tylu lgnęło
jak do ojczyzny szukanej pod skórą,
w kanałach, pod farbą, która odchodzi
z mokrych ścian jak łuski z wielkiego
śniętego karpia [...].
(kurek)

wtorek, 14 grudnia 2010

obrazy Caravaggia rozpierają mury świątyni, należą do innej rzeczywistości. tak naprawdę - czy można przed nimi odprawiać liturgię? za każdym razem, gdy je oglądam, mam wrażenie bezgłośnej eksplozji, czegoś, co tworząc, niszczy. (bieńkowska)
 
bezgłośna eksplozja.
lepiej tego ująć nie można.

kawy łyk. 

piątek, 26 czerwca 2009

deszcz we Włoszech! letni deszcz ze śliwkowego nieba, powietrze jak wielkie wino, zapach jagód i jeżyn, świeżych liści i trawy, w tle przydymiony zapach beczki. zapach wybuchający znienacka, gdy woda opłukuje ulice z letniego pyłu, drzewa nagle budzą się z letargu, tysiącletnie kamienie oddychają. ta krótka chwila pomaga uzmysłowić sobie, jak gęsty, charakterystyczny jest zapach włoskiej ulicy: zapach kawy, ciastek posypanych cukrem pudrem, wieczorem niewątpliwie zapach drogich perfum. żadnych woni organicznych, panujących na ulicy barcelońskiej czy paryskiej, żadnych psich sików, stęchlizny starego metra, rybiego targu. deszcz, podobnie jak upał, jest tu lekki, powietrzny,
jest tylko częścią całości o zdecydowanie pastelowej, przyjaznej oku i innym zmysłom kresce.(bońkowski)

czwartek, 03 lipca 2008

polecam. radiowa dwójka. dziś o godz. 22.10
audycja o związkach Josifa Brodskiego z Wenecją. poeta przyjeżdzał do tego miasta zawsze zimą, lubił w nim obchodzić Swieta Bożego Narodzenia i Nowy Rok. o weneckich utworach Brodskiego i o jego miłości do tego miasta opowiadają Adam Zagajewski, ojciec prod. Jacek Bolewski i Marek Zagańczyk. swoje wiersze poświęcone Wenecji Brodskiego czytają Julia Hartwig i Ryszard Krynicki. wiersze Brodskiego i fragmenty Znaku wodnego czyta Krzysztof Gosztyła.


i ciekawostka.
pamiętacie tajemniczą towarzyszkę narratora w Znaku Wodnym ?

pierwsze zaproszenie do Wenecji* otrzymał Brodski od hrabiny Marioliny Marzotto, historyka i rusycysty z zamiłowania i wykształcenia, przez której weneckie mieszkanie w latach 70. przewinęła się ponoć cała rzesza rosyjskich uchodźców, głównie żydowskiego pochodzenia. ta (bardzo przystojna i elegancka) kobieta – której osoba pozostaje z pewnością w ścisłym związku z „widokiem”, nobliwą wenecjanką towarzyszącą narratorowi Fondamenta degli Incurabili** tuż po dotarciu do miasta – odwiedzała ZSRR jako młoda badaczka i tam poznała Josifa tuż przed jego wygnaniem. spotkali się dwukrotnie: w jego leningradzkim mieszkaniu na wieczorze poetyckim, po którym policja aresztowała i pobiła Poetę za przebywanie w towarzystwie obcokrajowców, gdy ten odprowadzał M.M. i jej przyjaciółkę do hotelu, a potem w Moskwie, gdy – już w perspektywie wyjazdu – odnalazł swą włoską znajomą, prosząc o pomoc w wyprawie do Wenecji. dlatego po telefonie z Wiednia, gdzie w drodze do USA zatrzymał się Brodski, zorganizowała jego pierwszy pobyt, goszcząc go w pensjonacie Dell’Academia w dzielnicy Dorsoduro, nad Canal Grande. był to wtedy jeden z modniejszych pensjonatów, najliczniej odwiedzany przez wykładowców i stypendystów z całego świata. znajomość z Marioliną Marzotto wkrótce się urwała, pozostając jednym z nielicznych związków Poety ze środowiskiem weneckich akademików – rusycystów czy rusofilów. (Górniak)

* Brodski odwiedził Wenecję po raz pierwszy w 1972 roku, zaraz po wyjeździe z kraju. do rodzinnych stron nigdy nie wrócił, do Wenecji przyjeżdżał regularnie. odcięty od bliskich i ich języka, niczym rozbitek podróżował między wyspami: Long Island dawała mu wolność, Wenecja karmiła ducha. ostatecznie ożenił się z Włoszką rosyjskiego pochodzenia ze strony matki, lecz zamieszkali w Stanach, a ich dziś córka mówi wyłącznie po angielsku. kiedy zaś amerykański paszport na zawsze przestał być mu potrzebny, zgodnie z życzeniem wdowy spoczął w cieniu cyprysów Sw. Michała.
** oryginalny tytuł eseju o Wenecji, zmieniony na zyczenie wydawcy.
czwartek, 26 czerwca 2008

mało mnie tutaj. nie wiem kiedy i czy w ogóle będzie więcej.
życie tu zamarło by odrodzić sie gdzie indziej.
ale skoro tu zaglądacie, to zostawiam zdań kilka.
tym razem w kajecie włoskim.

do miłego.


myślę o Wenecji powracającej jak muzyczny motyw

od pierwszej mojej tam wizyty przed wojną,

kiedy zobaczyłem na plaży w Lido

niemiecką dziewczynę podobną do bogini Diany,

po ostatnią, kiedy pogrzebawszy Josifa Brodskiego*,

ucztowaliśmy w palazzo Mocenigo, akurat tym samym,

w którym niegdyś mieszkał był Lord Byron.


a oto Piazza San Marco i krzesła jego kawiarń.

i o tu Oskar Miłosz, samotny wędrowiec,

musiał spotkać w 1909 swój wyrok:

miłość swego życia, Emmy Heine-Geldern,

którą do śmierci miał nazywać swoją ukochaną żoną,

a która poślubiła barona Leo Salvotti von

Eichenkraft und Bindenburg

i umarła w Wiedniu w drugiej połowie stulecia. (Miłosz)



kolejne szkiełko do mozaiki.


* 21 czerwca 1997 Josif Brodski spoczął w jednej z piękniejszych części San Michele. o miejsce poprosił miasto hrabia Girolamo Marcello, potomek rodziny dożów i słynnych weneckich kompozytorów. blisko przyjaźnił się z poetą i często gościł go w rodowym pałacu, Casa Marcello opodal teatru La Fenice. pełen był podziwu dla „rosyjskiego – w najlepszym tego słowa znaczeniu – charakteru” swojego przyjaciela, który potrafił wyrwać go na niezapowiedziany spacer w głąb miasta, by pokazać pewien płasko rzeźbiony portret na murze, do złudzenia ponoć przypominający Dostojewskiego. (Górniak)


środa, 20 lutego 2008

na dzisiejszy wieczór zamówiłem sobie gondolierów, którzy świetnie śpiewają Tassa i Ariosta, podkładając pod wiersze swe własne melodie. spiewaków tych trzeba zamawiać bo juz zostało ich niewielu i należą raczej do przebrzmiałej przeszłości. do gondoli wsiadłem przy świetle księżyca. jeden śpiewak stanął na dziobie łodzi, drugi na rufie. zaczęli pieśń, śpiewając na przemian kolejne wersy. melodia, którą znamy z Rousseau*, jest czymś pośrednim miedzy chorałem a recytatywem; ma stale to samo tempo, ale rytm nie jest regularny. nie zmienia się również modulacja, a tylko wysokość dźwięku zależnie od treści wersu, co daje efekt podobny do recytacji. po to jednak, by wniknąc w żywego ducha tego śpiewu, znalazłem sobie takie oto tłumaczenie:
nie będę dociekał, jak ta melodia jest układana, wystarczy, że pasuje mi ona do obrazu człowieka, który nuci coś sobie beztrosko i pod swoj śpiew podkłada znane na pamięć wiersze.
śpiewak ten siedzi na brzegu jakiejś wyspy, jakiegoś kanału albo na barce i donośnie - lud tutejszy ceni sobie nade wszystko siłę - na cały głos zaczyna wyśpiewywać swą pieśn, tak żeby dotarła jak najdalej. a ona unosi się nad spokojnym lustrem wody. z daleka inny, znający melodię i rozumiejący słowa, podejmuje pieśń i odpowiada nastepnym wersem. jemu z kolei odpowiada pierwszy i tak jeden staje się echem drugiego. śpiewanie trwa przez całą noc, bawi śpiewaków i wcale ich nie nuży. im bardziej są od siebie oddaleni, tym piękniej brzmi pieśń [...].
moi wioślarze chcieli, bym w taki własnie sposób wysłuchał ich śpiewu. przybili do brzegu kanału della Giudecca i rozeszli się w przeciwne strony. ja spacerowałem między jednym i drugim, oddalając się od tego, który miał zacząć śpiewać, i podchodząc do tego, który własnie przestał. teraz dopiero pojąłem sens tego śpiewu. z daleka głosy ich brzmiały przedziwnie, jak skarga bez żałości. jest w tym śpiewie coś niewiarygodnego, coś, co wrusza do łez. przypisywałem to mojemu nastrojowi, ale mój stary służący** powiedział: e singolare, come quel canto intenerisce, e molto piu, quando e piu cantato***. chciał, żebym posłuchał kobiet na Lido, szczególnie tych z Malamocco i Pellestriny****, które wciąż też śpiewają Tassa na te samą i podobne melodie. potem dodał : mają w zwyczaju siadywać na brzegu morza, kiedy ich męzowie wypływają na połów, i wieczorami śpiewają donośnie te pieśni, aż z daleka usłyszą głosy swych bliskich, i w ten sposób prowadzą z nimi rozmowę. czy to nie pieknę? [...] sens tego śpiewu staje się taki ludzki i prawdziwy, że nabiera życia ta melodia, nad której martwymi literami łamaliśmy sobie głowy. jest to śpiew samotnego człowieka, nawołującego bratnią duszę, przebywającą gdzieś daleko w rozległym świecie, by odpowiedziała mu, wzruszona głosem, który do niej dotarł. (Goethe)


to element weneckiej mozaiki układanej tu.


* mowa o zbiorze dzieł muzycznych J-J Rousseau pt. Les Consolations des miseres de ma vie, ou Recoeil d'aries romances at duos, 1780.
** w Dzienniku dla pani von Stein,Goethe notuje: mam teraz służącego.znakomity staruszek.Niemiec.
*** rzecz to osobliwa, jak ten śpiew wzrusza, i to tym bardziej, im lepiej jest śpiewany.
**** wyspy na południe od Lido.
wtorek, 19 lutego 2008

mieszkamy w La Secca (nazwa od braku wody), Contrada di Castrocucco, 20 km od Maratea, maleńkiej kalabryjskiej mieściny. dwa razy na tydzień Pietro Lamoglia, właściciel jedynego auta w Maratea, przywozi nam pocztę i jedzenie. dom - una casa baroniale - właściwie wielkie chłopskie domostwo z dwoma basztami - jest nad samym morzem, na wąskim półwyspie. od strony lądu gaj oliwkowy, potem wznoszą się a pic skały. niedaleko - 5 minut drogi - jest wielka samotna plaża, z ujściem dwóch górskich potoków. krajobraz mitologiczny, gwałtowniejszy od obrazów Poussina. cały dzien w prażącym słońcu grają cykady. brzeg morski skalisty - masa grot, tuneli, dziwnych zawieszonych w powietrzu mostów. skały bardzo wyraziste - jak w niektórych obrazach Maxa Ernsta - o dziwnych formach zwierzat, ludzi, potworów. morze wyrzuca korzenie oliwnych drzew. piszę ci* to, bo cała przyroda ma tu jakiś magiczny wyraz, o który silą się różne Dubuffety. wszystko jest tak jedyne i tak skończone, że [...] niezrozumiałe wydaje mi się to dążenie malarzy i rzeźbiarzy do przypadkowego tworzenia rzeczy, które przyroda nieomylnie wyrabia przez lata krążenia organicznych soków, przez lata rozkładu, petryfikacji, poprzez całe naturalne laboratorium, z którego wychodzą przedmioty dziwnie czytelne i obarczone naturalnym znaczeniem. (Jeleński)


* list pisany do Józefa Czapskiego.
piątek, 11 stycznia 2008

Antico Caffè Sandri (antic jak Florian czy rzymski Greco) leży przy Corso, dokładnie naprzeciw Collegio, i zachwyca już wykwintną wystawą, przybraną w brokaty i słynne marcepanowe ciastka torciglione w kształcie rzecznego smoka lub inne cukiernicze arcydzieła. wnętrze nie zmieniło się szczególnie przez ponad sto lat istnienia kawiarni, mahoniowe regały aż do sufitu zastawione są butelkami likierów, pudełkami czekoladek, umbryjskimi winami i zdjęciami sławnych bywalców. zamiast wulgarnej elektronicznej kasy jest piękne podwyższenie, także z ciemnego drewna, z małymi szufladkami na monety i banknoty. tutejsza kawa jest mroczna, słodko-gorzka, o zapachu starych murów; po tygodniu dostaję ją nawet bez zamawiania, ledwie przestąpię próg. od różnorodności ciastek można dostać zawrotu głowy: są typowe umbryjskie słodkie pierniki z kandyzowanymi owocami, bezy przekładane kolorowym kremem, są miejscowe odmiany toskańkich panforti (mocno korzennych pierników na miodzie), ciemne pączki z kremem obtaczane w cukrze, jest absolutnie zabójcze tiramisú, są na miejscu wyrabiane lody i czekoladki, kilkanaście win na kieliszki, dania obiadowe. ubrana w czerwone liberie obsługa poznaje wszystkich klientów, z wirtuozerią tytułując: dottore, ingegnere, avvocato. to czar Włoch nieśpiesznych, eleganckich, skupionych na drobnych codziennych gestach. (Bońkowski)

środa, 14 listopada 2007

wysokie stare domy nad plażą
i senny kot, który czeka na rybaków
na zwinietych, białych sieciach:
cichy listopad w Camogli-
emeryci opalają się na leżakach, leniwie krąży słońce
i kamyki toczą się wolno
po żwirze plaży,
ale ono, morze, wciąż przychodzi do brzegu,
fala za falą, jakby było ciekawe
co się stało z projektem lata
i z naszym marzeniem
w co zamieniła się nasza młodość. (Zagajewski)

piątek, 20 lipca 2007

17 lutego 1600 roku. jeśli był to dzień słoneczny i pogod­ny (a bywają takie zimą w Rzymie), to wyobraźnia poety miała prawo obstawić plac koszami oliwek i cytryn, jego bruk spryskać winem, stoły przekupniów obsy­pać różowymi owocami morza, naręczami winogron, brzoskwiniami . lecz jeśli na Rzym obsunął się dzień pochmurny i ołowiany (nie deszczowy, bo stos musiał jednak szybciej czy wolniej płonąć), pito wino w tawer­nach, a nie na zewnątrz, w bramach domów ustawiono kosze oliwek i cytryn, przerzedziły się i zubożały stoły przekupniów. także dlatego, że dym i swąd z rozpalonego drzewa wywoływał kaszel i łzawienie oczu. co zre­sztą w niczym nie narusza intencji poety, któremu zale­żało na pokazaniu, poprzez stos Bruna, samotności ginących w obliczu obojętnego, krzątającego się koło swoich spraw, czasem rozbawionego ludu.

ja, zachęcony przekazami historycznymi, opowia­dam się za dniem chłodnym i szarym, bezwietrznym i bezsłonecznym, dusznym i przytłaczającym, jednym z tych rzymskich dni, które wilgotnym ziąbem przenikają do kości i zwalniają krążenie krwi w żyłach. ludzie zajęci szczątkami handlu, przystający na obrzeżach pla­cu, pochyleni nad szklanką wina w tawernach czekali tylko na jedno: na chwilę, gdy płomień stosu wydobę­dzie krzyk, rozdzierający krzyk, z palonego heretyka. ale milczał. na pewno już dogorywał, świadczył o tym smród palonego mięsa w powietrzu, a przecież żadne ucho nie złowiło owego przedśmiertnego krzyku. i mieli rację, w trzy wieki później, liberalni ojcowie miasta wystawiając „w miejscu, gdzie płonął stos”, pomnik zakapturzonego milczenia.

17 lutego 1600 Caravaggio był z całą pewnością w Rzymie. ale tylko jeden jego biograf wspomina, że widziano, jak przeszedł szybko przez Campo dei Fiori i twarz odwróciwszy od stosu przeżegnał się. nie przy­klęknął, przeżegnał się tylko, znakiem Krzyża odpędza­jącym Siłę Nieczystą.

nie wierzę w tę wersję. oczami wyobraźni widzę Caravaggia siedzącego do wieczora w narożnej tawer­nie, na rogu ulicy, która prowadzi do Pałacu Famese, z twarzą więcej niż gniewną - wściekłą, zwróconą bez ruchu w stronę płonącego stosu.

wieczorem, gdy zrobiło się pustawo na Campo dei Fiori, wstał, wychylił jednym haustem ostatnią szklankę wina, i chwiejnym krokiem, zataczając się lekko po drodze, przemierzył cały plac, by zatrzymać się przed kupą dymiącego popiołu. naraz buchnął z niej jasny płomień, jakby teraz dopiero dusza Bruna uleciała ku Niebu. Caravaggio cofnął się, ośle­piony ostatnim Światłem dogasającego stosu. stanął w Cieniu i zaciśniętymi dłońmi zakrył twarz, znaną nam z autoportretu w odciętej głowie Goliata.

*
Caravaggio nie mógł nie zetknąć się z jego poglą­dami i teoriami, choćby w formie urywkowej; i zwłasz­cza we wszystkim, co dotyczyło światła i cienia. Bruno zapewniał, że Bóg nie może być „niepojętym światłem absolutnym, lecz jego cieniem, światłem, wszechświa­tem, naturą, która tkwi w rzeczach”. Bruno także ukuł zasadę, która ze światła czyniła jedyną substancję, abstrakcyjną i materialną zarazem”; światło - twierdził - nie ogranicza się do odsłaniania figur, lecz określa i wyraża ich cielesność. co jednak najważniejsze, zda­niem dominikańskiego mnicha Bóg jest istotą niepo­znawalną, do której człowiek może się zbliżyć tylko tak, jak cień zbliża się do światła. I raz jeszcze z naciskiem: Bóg, czyli światło, nie może być w pełni ogarnięty; człowiek może się doń zbliżyć tylko cieniem.

posługu­jąc się chętniej poetycką metaforą niż językiem filozo­fii, Bruno umiejscawiał Boga i poszukiwał Go w nie­zmiernie wąskiej smudze między światłem i cieniem. Caravaggio, jak sądzę, malarsko robił to samo. (Herling - Grudziński)


były wnętrzności San Clemente.
i Rzym antyczny. sen na jawie.
i kalejdoskop mozaik.
i targ
na Campo. i psie spotkania
bo Campo to samo życie. żadnej gładkości za wszelką cenę.
to ekstrakt. esencja. Rzym w Rzymie.
i Caravaggio w pięciu odsłonach. oszołomienie. sprawił, że chodziłam na drżących nogach. aż zamoczyłam dłoń w wodzie święconej. a zwykle tego nie robię.
M. i jego słabosć do Piazza Navona.
niestety Quattro Fiumi w remoncie.
i coraz dłuższe przystanki przy madonnellach na rogach kamienic.
im jestem starsza tym są piękniejsze.
i łazęga wzdłuż Tybru. i Trastevere wyciszone deszczem.
w Cecylii msza dla hinduskiej mniejszości. ten dziwny język. same kruczowłose kobiety w cukierkowych, świetlistych sari. śpiew a capella.
i Quattro Fontane Berniniego. ich kameralność bardzo kontrastuje z ryczącymi silnikami na poczatkowych biegach i moimi podeptanymi palcami.
i pyszne filetti di baccala. i uaktualniona mapa plam z sosu pomidorowego:D

to miasto wyzwala niespożytą energię. za każdym razem.

piątek, 08 czerwca 2007

co to za kolor? granatowo-szkarłatny? purpura wpadająca w fiolet? bardzociemnorubinowy? nie, nie. to jest szkarłat, nad którym zaszło słońce. papieska purpura pociemniała na myśl o starości. nie, zupełnie co innego. to jest czerń taka, jaką byłaby, gdyby od wewnątrz rozjaśniła się do przeźroczystości. właściwie też nie. to jest kolor wielkiego malarza, poza językiem i poza rozumieniem, raz tylko się zdarzający: kolor poduszki, na której leży śpiąca Wenus Tintoretta.

tu pełny obraz.


caravaggio. madonnelle. tony rukoli. i deszcz. deszcz. deszcz.

kiedy myśle o Rzymie słyszę mewy i Debussy'ego.
a domowe popołudnia smakują pecorino romano.

sobota, 26 maja 2007

Roma o morte.

ciao!

czwartek, 02 listopada 2006

Przed oknem oliwki a za nimi ogromny krajobraz w dole, aż do morza. Jednak pomyśl o tym, żeby przyjechać. [...] Potrzebujesz rzeczy - ich piękno, poza wszystkimi naszymi zakręceniami, jest tylko zbawienne. A właśnie rzeczy do oglądania tu dużo. Więc pomyśl! (Miłosz do Herberta)

Jestem oto we Włoszech to znaczy na kolanach przy źródle. Jest tu nieprzytomnie pięknie i chodzę cały spuchnięty ze szczęścia. [...]
Jestem tak jak kazałeś w
Orvieto. Zgadza się wszystko: trawa na placu i katedra, którą obchodzę z wszystkich stron i zupełnie nie mogę sobie dać z nią rady. [...] Sam rozumiesz, że oczy mi wyłażą i tylko w nocy wracają na swoje miejsce i to nie zawsze?. (Herbert do Miłosza)

zdania pomiędzy nimi zebrane w jeden tom. nowe pragnienie.

czwartek, 12 października 2006

Camus i Siena. Dziś ten związek wydaje mi sie oczywisty. Niedawno, w czasie wielkiego upału czytałem
Obcego. W nocy musiałem schodzić piętro niżej, bo na poddaszu nie dało sie wytrzymać, wentylator nie pomagał. Wraz z Mersaultem szedłem w kondukcie ścieżką upału. Wcześniej siedzieliśmy razem w pobielonej wapnem sali, czuwaliśmy, a naprzeciwko nas siedzieli pensjonariusze przytułku i mnie również wydawało się, że przyszli tu po to, by nas sądzić.
Póżniej, w więzieniu (tu chociaż było trochę chłodniej) przytykałem twarz do twardej ściany, do muru, podobnie jak to robiłem w Sienie, próbując wyczytać z tkanki kamienia przeszłość miasta.
Tak, widzę teraz Sienę, jej wąskie zaułki, podcienia, korytarze. Kamienna Siena to więzienie, z którego nie można się wydostać. Przechodnie są jak strażnicy, wyznawcy tajnej sekty kultuwującej przeszłość, dawne dzieje miasta. W tym mieście powinny umierać zegary.

Wedrowałem po Sienie trochę na oślep, zdany na los, przypadek. W niedokończonej katedrze podziwiałem piekną Eleonorę Portugalską na fresku Pinturicchia. Na posadzce kościoła sceny z Biblii, sybille. Rzeź niewiniątek przywodziła mi na myśl lekcje łaciny. Wieczorem [...] odpoczywałem na campo. Czas się zatrzymał i oddychaliśmy tylko siłą woli. Co pewien czas pojawiał się kelner i budził nas z odrętwienia. Byłem szczęśliwy, że tym razem nie będę musiał kłość się spać samotnie, że tej nocy nie będę spał, jak pisał Camus, w jednym łóżku ze śmiercią. (Szczuciński)

środa, 27 września 2006

w standardzie.
krążenie naczyniami krwionośnymi wokół piazza navona. szukanie domniemanego domu bramantego. i na trastevere. buziak dla marii. cecylii. franka.
stanze raffaella w watykańskich i farnesinie mieliśmy tylko dla siebie. taka intymność to rzadkość. zawroty głowy, poszturchiwanie i krzyki closing time! w sistinie.
zachwycenie. wieczorny koncert fortepianowy w teatrze marcellusa w getcie.
dżwięki rozchodzące się jak mgła pośród ruin. i ta niesamowita lepkość dźwięku. miałam wrażenie, że takty zatrzymują sie na moim ciele. i tak zastygają. niedostępne innym.
a kulinarnie? najlepsze saltimbocca jakie w życiu jadłam. i te marynowane na słodko szalotki.gdzie? w jakimś zaułku w okolicach via del corso. nie pamietam. za duzo wina.
mieszkaliśmy na garbatelli. blisko pawła za murami. M. wie, że to moja ulubiona
rzymska bazylika. śniadania w pobliskiej kafejce. nasz stolik. i znajomy Fabio.

apetyt na to miasto niezmienny.

poniedziałek, 25 września 2006

ściana w kolorze ochry.
wieczór. ciepło. czy to wino szumi w głowie czy fontanna na piazzy?
myśli wijące sie jak nitki makaronu.
i nasze spory o czerwień.
czerwień pomidorów. wina. ust Włoszek.

wtorek, 19 września 2006

wyjeżdzam.

chcę przyłapać rzymskie piękno
flagrante delicto.

środa, 02 sierpnia 2006

Bo w Sienie tkwi też jakiś rys głęboko tragiczny, grymas pradawnego, niezbywalnego smutku, może pozostałość po krwawych bratobójczych bojach sprzed dziewięciuset lat, a może odblask nieziszczonego marzenia o potędze, zniweczonego ostatecznie w 1266 przez wszechwładną Florencję. Dość, że ta surowa, mroczna natura odbija się tu we wszystkim: w smagających jak bicz głoskach pradawnego dialektu (tutaj pije się ‘
un haffè’), w miejscowej kuchni (żadne tam fikuśne makarony, tylko dania z grochu i czerstwego chleba czy niemiłosiernie słony ser pecorino), sieneńskim winie Chianti, niby czarującym wiśniami i słonecznymi porankami, a na dnie skrywającym pył drogi, prowadzącej na wygnanie. Wszystko tu jest odbiciem melancholijnego, niełatwego krajobrazu Le crete, życie toskańskie jest wariacją na temat tego archetypicznego rysunku, a kto widzi śródziemnomorskie piękno i powabne kształty, ten dotarł dopiero do połowy prawdy. Tak jak ci, którzy próbując toskańskiej oliwy w przydrożnym sklepie uśmiechają na jej łagodną słodycz, a minutę po wyjściu ze sklepu, gdy w jakimś Volvo czy BMW pędzą już ku nowym losom, gorycz jej posmaku wykrzywia im usta i przypomina, że i oliwki karmią się tą surową, kamienistą ziemią. (Bońkowski)

 
1 , 2
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Cafes en Vogue
Cartes Postales Gourmand
Passage Francais
Reminiscencje Frankofońskie
Specialites de la Maison
Un Petit Apéritif